ACTA. Młodzi zobaczyli swoją siłę

Tysiące młodych Polaków nie ma złudzeń, wiedzą, że władza nic dla nich nie zrobi. Maja jednak oczekiwania minimum. Jakie? Takie, by władza nie robiła nic przeciw nim, za ich plecami. Młodzi Polacy, a przynajmniej ich większość, mają dziś zdecydowane poczucie, że rząd zrobił coś przeciw nim, za ich plecami. Próbował ingerować w świat komputerów, w Internet. Gdyby rząd z internautami rozmawiał i wytłumaczyłby swoje rację, byłaby różnica zdań, byłby spór, ale nie ostry konflikt. Ale wcale nie uważam, że to źle iż do niego doszło. Przeciwnie. Młodzi Polacy widzą swą siłę. Władza widzi ich siłę. Wierzę, że młodzi ludzie są mądrzy i z tej siły zrobią dobry użytek. Mam nadzieję, że władza wiedząc o sile młodych obywateli, już nigdy ich nie zignoruje. Nie dlatego, że jest taka dobra, ale dlatego, że wie, iż sama zapłaciłaby za to wielką cenę.

Poniedziałek 23 stycznia. Co u nas nowego

W paru zdaniach, żebyście czuli się poinformowani. Dużo piszemy. Codziennie powstaje teraz ponad 20 tekstów. Dziś działo się trochę w polityce, Kuba Radomski napisał felieton o Stadionie Narodowym, Łukasz Głombicki o kioskach Ruchu, Przemek Pazik o szefie BBC, który z abonamentu opłacał prywatnych detektywów. Zauważyliśmy festiwal Sundance, zrobiliśmy analizę sytuacji polskich szczypiornistów. A Kasia Kamińska napisała naprawdę świetny autorski felieton porównujący doświadczenie z przymierzalni w Zarze do odprawy na lotnisku. Agata Michalak przyjrzała się domowi aukcyjnemu Abbey House.

Ja napisałem kilka tekstów o polityce, a potem siedziałem przez większość dnia w różnych prawnych papierach. Jutro przychodzi do nas na staż Dominik. A od 1 lutego trzy nowe osoby (Daria, Kamil i Tomek). Każdego dnia zdobywamy nowe kompetencje.

I to tyle na dziś.

UPDATE. Dzisiejszy tekst Kuby Radomskiego na wyraźne życzenie Wojtka Jarczewskiego z komentarzy:

Najlepszy strzelec Europy na testach w Lechii, czyli gdzie kończy się piłkarz, a zaczyna jego reklama

Proponuję zrobić krótki test, taką sondę. Zapytać piłkarskich kibiców, kto był najskuteczniejszym strzelcem Europy w ubiegłym roku. Ktoś powie pewnie, że Messi. Ktoś, że Cristiano Ronaldo. Tymczasem wszyscy ci kibice byliby w błędzie. Okazuje się bowiem, że, według stowarzyszenia IFFHS, najskuteczniejszy był … Łotysz Aleksandrs Cekulajevs, który strzelił 46 goli w 35 meczach estońskiej ekstraklasy. I który całkiem niedawno, kilka dni temu, w … 45 minut oblał testy w Lechii Gdańsk.

Statystyki brzmią świetnie. Ponad 1,3 gola na mecz. My postanowiliśmy się jednak przyjrzeć nieco dokładniej dokonaniom Łotysza. Efekt naszych dociekań jest już nieco mniej optymistyczny. I mówi wiele o tym, jak we współczesnym świecie odpowiednia reklama może przekłamać rzeczywistą klasę piłkarza.

Jednooki król

Czynnik pierwszy – poziom ligi estońskiej. Średnia frekwencja z sezonu 2009/2010 to … 188 widzów. Według nieoficjalnych danych, najmniejsza w Europie. Pustki na meczach wynikają rzecz jasna z prezentowanego przez graczy poziomu.

Ott Jarvela, ceniony estoński dziennikarz, piszący dla „Ohtuleht” mówi w rozmowie z nami: – Nie ukrywam, że nasza liga należy do najsłabszych na kontynencie. W ostatnim sezonie cztery nasze drużyny grały w europejskich rozgrywkach. I zgadnij jak im poszło. Wszystkie od razu odpadły, zdobywając w sumie jednego gola w ośmiu meczach. Mój rozmówca sugeruje, że Cekulajevs nie miał tak trudno. Udowodnił, że „w lidze ślepców jednooki jest królem”.

Słaby na dobrych, dobry na słabych

Chyba nikt poza wschodnią Europą nie ma tak dużej wiedzy o piłce estońskiej jak Matt Morrison. Mieszkaniec Bristol, wykładowca na uniwersytecie w Oksfordzie, kiedyś zaczął śledzić wydarzenia w tamtejszej lidze i do dziś ma o niej bloga. Zapytany przeze mnie na Facebooku o niesamowite statystyki Cekulajevsa odpowiada następująco: – Nie zapominaj, że aż 18 z tych goli strzelił zespołowi FC Ajax, który z klubem z Amsterdamu ma niewiele wspólnego. Był ostatni w tabeli, stracił ponad 100 goli, ba – nie wygrał nawet meczu.

Czyli Cekulajevs to taki zawodnik, który, parafrazując Nosowską, jest „za słaby na dobrych, a na słabych – za dobry”. Tym bardziej, że z najlepszymi drużynami ligi już mu nie szło najlepiej o czym mi mówi Jarvela: – Trans, jego zespół, zajął trzecie miejsce. Z drużynami czołowej czwórki mierzył się aż szesnaście razy i wiesz ile razy Cekulajevs trafił do siatki? Właśnie sprawdziłem. Sześć.

Najkrótsze testy świata

KIlka dni temu Lechia Gdańsk zaprosiła Łotysza na testy. – To nie jest jego pierwszy tego typu sprawdzian. Wcześniej trenował też krótko z jakimś zespołem 2. Bundesligi. Ale nie pamiętam już z jakim – mówi Jarvela. Sprawdziliśmy, chodzi o MSV Duisburg. Tam po kilku dniach powiedziano mu „Auf wiedersehen”. Morrison: – Nie wiem, czy polska ekstraklasa nie okaże się dla niego zbyt wymagająca.

Wykrakał. W Gdańsku podziękowano mu po … 45 minutach gry w jednym spotkaniu. Sparingowym, z Olimpią Grudziądz. Jego niepowodzenie tak wytłumaczył dyrektor klubu, Błażej Jenek, w rozmowie z lechia.pl: – Łotysz miał dojechać do nas już wcześniej, by wziąć udział w kilkudniowych sprawdzianach. Jego przyjazd się opóźnił, a w meczu z Olimpią nie zachwycił na tyle, żeby zostać w zespole i jechać na obóz do Turcji.

Nie ulega wątpliwości, że Lechia była Cekulajevsowi potrzebna, bo, według naszych informacji, w lidze estońskiej może liczyć na około 1800 euro miesięcznie. W Polsce zarabiałby conajmniej dwa razy więcej. Tyle tylko, że on nie okazał się drużynie Janasa przydatny.

Polski Messi, polski Ronaldo

Zjawisko nadawania piłkarzom różnych tytułów, przydomków, porównywania ich do gwiazd światowego futbolu jest od lat powszechne. Spójrzmy chociażby na nasze podwórko. Polskim Messim nazywany jest Michał Janota, który nigdy nie zagrał w reprezentacji a obecnie jest piłkarzem … drugoligowego holenderskiego Go Ahead Eagles. Messim nazywa się też 16-letniego Aleksandra Jagiełłę z Legii Warszawa.

Jacek Kiełb, gdy wyróżniał się w Koronie Kielce, też się dorobił przydomku. Dziennikarz „Przeglądu Sportowego” nazwał go w jednym z tekstów „Ronaldo z Siedlec”. Bo dba o wygląd i dobrze drybluje. To wystarczyło. Podobnie jak Krzysztofowi Królowi wystarczyła gra w lidze amerykańskiej i związek ze znaną modelką, by nazwać go polskim Beckhamem.

Z Cekulajevsem i wspomnianymi powyżej polskimi piłkarzami jest trochę tak jak w zawodowym boksie. Pojawia się nagle w wadze cieżkiej chłopak, jest niepokonany, kreuje się go na gwiazdę. Tyle że gdy ktoś przeanalizuje jego dotychczasowych rywali, okaże się, że wszyscy oni wyglądają jak stali bywalcy fast foodów. Albo jak bohater filmu „Super size me” po kilku tygodniach swojego eksperymentu.

Ciąg dalszy inspiracji

Mieliśmy dziś w biurze świetnego gościa. Prosto z Poznania, gdzie jest członkiem zarządu spółki LMS Invest przyjechał do nas Michał Olszewski. Michała znam od kilku lat jako „Olsa”. Kiedyś był podporą działu społeczności gazeta.pl (blogi, fora, komentarze), potem pracował w Allegro, teraz tworzy firmę, która specjalizuje się w inwestycjach w start upy.

Michał mówił nam przez prawie dwie godziny o relacjach z użytkownikami, o współpracy z blogerami, ostrzegał przed błędami i pokazywał szanse. Opowiadał, jak rozwiązywał pewne sytuacje. Wskazywał, co powinniśmy robić w tych łatwiejszych i w tych nieco trudniejszych momentach.

Rady mieliśmy szanse zastosować w praktyce niewiele później. Pojechałem z Hanną Rydlewską na spotkanie z ważnym (potencjalnym) blogerem. I witamy kolejną osobę na pokładzie projektu.

To nie było nasze ostatnie inspirujące spotkanie. Zależy nam na rozmowie jeszcze z innymi osobami. Także z tymi, które nie podzielają naszego entuzjazmu co do szans projektu. Chcemy konfrontować swoje marzenia z doświadczeniami innych. Na pewno nie jest więc tak, że rozmawiamy wyłącznie z tymi, którzy przychodzą nam mówić, jak świetny mamy pomysł. Jaki byłby sens takich spotkań? Jest natomiast sens się ścierać, dyskutować, jeśli trzeba to kłócić.

Zastrzyk inspiracji

Odwiedzili nas dziś dwaj wyjątkowi goście. Per Mikael Jensen jest CEO Metro International, największej na świecie grupy wydawniczej. Andreas Thors jest wiceszefem firmy. Per przyleciał z Londynu, Andreas ze Sztokholmu.

Tydzień temu, gdy uzgadnialiśmy spotkanie z Kubą Zielińskim z Next Web Media, miałem nadzieję na spokojny lunch z naszymi gośćmi w biurowej kuchni. Ale w ciągu tych kilku dni wszystkie meble z kuchni trafiły do salonu. Powiększamy swoją działalność. Zatrudniamy nowe osoby. W kuchni można w tej chwili zrobić tylko poczęstunek na stojąco. Zjedliśmy więc w biurze.

Per i Andreas mają wyjątkowe doświadczenia. Ich firma rozwijała się w niektórych latach w tempie ponad 40%. Z Polski wycofali kilka lat temu dziennik Metropol, ale może nie powiedzieli tu ostatniego słowa.

Rozmawialiśmy o naszym projekcie, o przygotowaniach do startu, o szansach i zagrożeniach. Goście mieli sporo do powiedzenia o współpracy z autorami i blogerami. W końcu w Londynie wydawcą ich gazety Metro była pewnego dnia Lady Gaga. Film z tego wydarzenia zobaczyło tego dnia ponad 800 milionów ludzi na świecie!

Rozmawialiśmy też o polskim internecie. I usłyszeliśmy barwne porównanie. Jeden z rozmówców powiedział, że oszukiwanie czytelników tytułami, to jak oddawanie moczu w spodnie, żeby się ogrzać. Skutkuje. Przez 20 sekund.

Wierzymy, że w Polsce ten czas mija.

Zapraszamy blogerów piszących z i o zagranicy

Witam serdecznie. Nazywam się Michał Staniul i w naszym serwisie zajmować będę się działem zagranicznym. Jeśli wpiszecie moje nazwisko w Google, wyskoczy Wam wiele wyników. Powód jest prosty – od początku przygody z mediami związałem się z internetem, najpierw jako dziennikarz obywatelski, a potem redaktor serwisu konflikty.wp.pl i bloger (bliznyswiata.bloog.pl). Od czasu do czasu można też znaleźć moje teksty w ogólnopolskich tygodnikach. Z wykształcenia jestem konfliktologiem, z pochodzenia Mazurem (chociaż mieszkam w Poznaniu), a „po godzinach” – basistą w zespole rockowym. Tyle o mnie, teraz o projekcie.

Wbrew znanemu powiedzeniu świat jest ogromny. Dużo się na nim dzieje. I czasem naprawdę trudno to wszystko zrozumieć. Nic dziwnego – jest nas tutaj już siedem miliardów, a będzie więcej; żyjemy w 194 krajach, mówimy tysiącami języków i w najróżniejszy sposób nazywamy swoich bogów. Często nie pojmujemy do końca tego, co dzieje się w naszym mieście. Jak mielibyśmy odczytywać coś, co wydarzyło się na drugim końcu globu?

Tu właśnie pojawiają się tacy, jak ja – dziennikarze od spraw zagranicznym. To my zbieramy dla Was informacje o tym, do czego doszło w najróżniejszych miejscach planety, to my próbujemy wytłumaczyć Wam, dlaczego tak się stało. Jeśli robimy to dobrze, to czytając nasze teksty wzbogacacie się o wartościową wiedzę na temat obcych krajów i narodów. Jeśli robimy to źle, to dowiecie się tylko tyle, że coś gdzieś się wydarzyło – i szybko o tym zapomnicie. Tutaj będziemy pracować tylko dobrze.

Nie stworzę agencji informacyjnej. Nie dostarczę Wam świeżego newsa co piętnaście minut, nie napiszę o każdym zamachu w Iraku, każdej krwawej masakrze w Demokratycznej Republice Konga i każdym zwycięstwie Romney’a w prawyborach w USA. Opowiem za to, dlaczego po tylu latach „wojny z terroryzmem” nad Eufratem ciągle wybuchają bomby, kim są i skąd się wzięli partyzanci w sercu Afryki i dlaczego zwolennicy Republikanów nie mają najlepszych humorów przed wyborami. Tam, gdzie nie starczy mojej wiedzy, poproszę o pomoc ekspertów z polski i zagranicy – analityków, dyplomatów, dziennikarzy i aktywistów. A czasem po prostu zapytam zwykłych Nigeryjczyków, Tajów czy Peruwiańczyków – internet daje dziś wszak niesamowite możliwości.

Mam jeszcze inną ambicję. Chciałbym, żebyście w tym miejscu mogli poczytać o wszystkich kontynentach świata. Wiem, że w Polsce jest mnóstwo ludzi zafascynowanych najróżniejszymi krainami, którzy mają na ich temat szeroką wiedzę i lubią bezinteresowanie się nią dzielić na blogach i serwisach dziennikarstwa obywatelskiego. Chociaż z tą bezinteresownością mogłem przesadzić – doświadczenie mówi mi, że dzielenie się informacjami na temat „swoich” krajów sprawia wielką satysfakcję. Zaprosiłem już kilku takich ludzi, a zaproszę jeszcze wielu.

Jeśli i Wy piszecie na tematy zagraniczne i chcielibyście tutaj publikować, dajcie mi znać na mstaniul@gmail.com. Razem możemy stworzyć coś naprawdę światowego.

Przy okazji, mam pytanie do internautów: jak Wy wyobrażacie sobie sobie dobry dział zagraniczny?

Trzymajcie się!

Nowy projekt Tomasza Lisa

start na początku 2012 r.